21.09.2010 r.

Róża Rozencwajg

Na początku września tego roku na stronie www.onet.eu ukazał się reportaż Szymona Graniczki pt. "Oszukaliśmy Hitlera" o Pani Róży Rozencwajg . To historia Żydówki Racheli, która urodziła się w naszym mieście. Na jej przykładzie dowiadujemy się o mechanizmach zagłady Żydów przez hitlerowców w czasie II wojny światowej m.in. w Koniecpolu i okolicy. Poznajemy zachowania ludzi w obliczu zagrożenia, rozpaczy, śmierci. Czytamy o bezinteresownym poświęceniu, oddaniu, o najzwyklejszych ludzkich odruchach i najgorszych, godnych potępienia instynktach. Uczucie pomiędzy Różą i Konradem to dowód, że wyznanie nie stanowi żadnej bariery międzyludzkiej. Wydaje się oczywistym, że wszelkich nieszczęść można by uniknąć, gdyby najwyższym i jedynym Bogiem była Miłość.
Artykuł jest na tyle interesujący, że przytaczamy go w całości.

Jerzy Zakrzewski

Oszukaliśmy Hitlera
- reportaż o Róży Rozencwajg

Róża Rozencwajg, zdjęcie Szymon Graniczka

Ramat Aviv, jedna z części Tel Avivu. Róża Kalińska - Rozencwajg ma 89 lat. Urodziła się w Koniecpolu, typowym, małym, przedwojennym polskim miasteczku. Dziś czasem pamięć ją zawodzi; nie przytoczy konkretnych dat, nazwisk, nazw ulic, ale przywołuje uczucia, które jej wtedy towarzyszyły. Strach, gniew, zmęczenie i niewymówioną wdzięczność.

Nie udaje się jednak z tego ułożyć spójnej historii, zdarzenia do siebie nie pasują, plączą się, jest wiele luk. Bohaterów wojennej odysei Róży poznaję dopiero dzięki dokumentom znalezionym w Yad Vashem, całość dopełniają rozmowy z nielicznymi mieszkańcami Koniecpola, którzy pamiętają jeszcze, że Rozencwajgowie byli ich sąsiadami.

Ludzie z fotografii

Henryk Wróblewski, w czasie wojny uratował co najmniej 18 Żydów w tym Różę Kalińską - Rozencwajg i jej siostrę Annę (Hannę) Grajpner. W 1979 roku został odznaczony tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata - przyznawany przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem, jego żoną była Żydówka; Konrad Nowak, przyjaciel Róży, uratował ją i jej brata Dawida, został odznaczony medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata w 1996 roku, po wojnie stracił kontakt z Różą, w 1983 roku, na prośbę Róży odnalazł go Henryk Wróblewski. Do śmierci utrzymywał kontakt z uratowaną przyjaciółką. Obecnie Róża koresponduje z jego żoną.

W czasie naszego spotkania w Ramat Aviv, Róża opowiadając o swych losach, z imienia i nazwiska wymieniła tylko Konrada Nowaka. Ta historia ma również innych, bezimiennych bohaterów.

Koniec młodości

Przed wojną nazywałam się Rachel Rozencwajg. Urodziłam się w Koniecpolu 26 czerwca 1921 roku. Ojciec mój, Jeszajahu Rozencwajg był kupcem. Matka, Sara, z domu Wajngarten, była gospodynią domową. Rodzeństwo moje Dawid, Izrael i Anna mieszkają w Izraelu. Oboje rodzice oraz bracia Jakub i Jecheskiel zginęli wysłani do Treblinki.

Szkołę powszechną ukończyłam w Koniecpolu. Tam zastał mnie w 1939 roku wybuch wojny. To był koniec mojej młodości.

Gdy tylko wkroczyli Niemcy zaciągnęli wszystkich Żydów do przymusowych robót, getta nie było, ale kazali nosić opaski z gwiazdą Dawida, tyle że nie było to przestrzegane, ja na przykład jej nie miałam i nikt nigdy mi z tego problemów nie robił. Polacy mnie znali, ale nigdy o tym nie donieśli.

Niedługo po wybuchu wojny moja siostra wzięła ślub i wyjechała do pobliskiej Włoszczowy. Od razu zaczęła mnie i brata namawiać do wyjazdu tam, ale ja nie chciałam zostawić rodziców samych. Z konspiracyjnej prasy zaczęłam dowiadywać się o losie Żydów wysiedlanych przez Niemców, gdy pokazałam gazety ojcu nie uwierzył. Niemożliwe żeby tak się Niemcy z ludźmi obchodzili - powiedział. Nie przekonał mnie, posłuchałam siostry.

Telefon

Przyszło lato 1942 roku. Opuściłam rodziców i Koniecpol. Pojechałam do siostry do Włoszczowy. We wrześniu doszły do nas straszne informacje z Koniecpola. Nie było już do kogo wracać. Powiedziano nam, że wszystkich Żydów wywieziono do Treblinki. Między nimi także moją rodzinę. Znajomi Polacy opowiadali, że Niemcy wszystkim zabierali kosztowności, mojego ojca przy tej okazji bardzo zbito - ukrywał dolary pod zelówką buta.

We Włoszczowie musiałam zajmować się jeszcze młodszym bratem, który chorował na dyzenterię. Czuwałam przy nim dzień i noc. Niemcy zabijali chorych.

Siostra opowiadała o Żydach, którym udało się uciec z obozu w Treblince. Mówili straszne rzeczy. Z początku nie chcieliśmy wierzyć. Zastanawialiśmy się czy coś takiego może istnieć na świecie? Czy oni czasem nie zwariowali. Baliśmy się nawet tych ludzi. Kiedyś przy rzeczach jednego z takich uciekinierów siostra znalazła zdjęcia jego rodziców i sióstr z dopiskiem: "Zginęli śmiercią tragiczną w Treblince". Wtedy uwierzyliśmy.

Dwa dni przed Jom Kippur Niemcy wysiedlili większość Żydów z Włoszczowy. Zostało może 180 osób. Resztę wysłano na dworzec i do Treblinki. Mnie z pozostałym rodzeństwem pozostawiono. Od tamtej pory zajmowałam się gotowaniem jedzenia dla ludzi idących do pracy. Gdy nadeszła zima, był grudzień, dostaliśmy informację, że wkrótce wszyscy zostaniemy wywiezieni. Zadzwoniłam do Konrada Nowaka, mojego przyjaciela z Koniecpola, z którym miałam cały czas łączność.

(...)

Pracowałem w zakładzie. Na górze zadzwonił telefon. Córka właściciela poprosiła żebym podszedł do telefonu bo jest rozmowa. I to dzwoniła Rachela. Powiedziała, że jest w sytuacji beznadziejnej. Że nie wie co ma z sobą zrobić. Mówiła bardzo konkretnie. Że pragnęłaby bardzo żebym przyjechał. Że jest we Włoszczowie u siostry. Dokładnie nie wiedziałem gdzie, ale zaraz wyjaśniła dokładnie jak mam dojechać, w którą bramę wejść. Powiedziała, że jest przygotowana, że wszystko ma spakowane, ale że sama nie da rady. To są ostatnie godziny, może nawet minuty - usłyszałem w słuchawce. W grudniu o godzinie trzeciej po południu jest już ciemno. W domu się umyłem, przebrałem. Zobaczyłem o której jest pociąg do Włoszczowy.

Po godzinie drogi chyba, byłem na miejscu. To było między ósmą, a dziewiątą. Ona mi wyjaśniła jak dojść, którędy najlepiej, najbezpieczniej. Jak przyszedłem na miejsce to się okazało, że tam jest żandarmeria niemiecka! Wszedłem tam i ona się ucieszyła... Ale jak ja tych Niemców zobaczyłem to się nogi pode mną ugięły. Ja się jej pytam, a ona mówi, "nie bój się nic, oni ci nic nie zrobią". "Dobrze. To w czym mam ci pomóc? Co mam robić Bo jestem?" Ona mówi "Mam tu parę paczek, to już możemy wychodzić". Wyszliśmy. Nawet nie pamiętam czy się z siostrą pożegnała, chyba nie, bo ta siostra z tymi Niemcami siedziała. Wziąłem dorożkę i pojechaliśmy na dworzec. Zajeżdżamy. Bilet poszedłem kupić. Wracam, a przy niej jest ten jej brat najmłodszy. Znalazł się tam, nie wiem skąd. On z nami nie jechał.

(...)

Gdy stałam z Konradem na dworcu spotkaliśmy tam mojego brata. Powiedział, że jedzie do Koniecpola. - On nie może tam jechać - powiedział Konrad - bo tam już nie ma Żydów. Zginie z pewnością. Zabrał go więc także do Częstochowy.

(...)

No i wsiedliśmy razem do pociągu do Częstochowy, siedzieliśmy razem. Tak z 15 km później nie wiadomo skąd pojawiła się żandarmeria i kenkarty sprawdzała, u góry jak ktoś miał jakieś duże paczki, to zabierali... Podróż z Włoszczowy do Częstochowy trwała dwie godziny. Dokumenty sprawdzili, moje, jej, brata. Nie dopatrzyli się nic złego. Uznali, że są dobre. Dojeżdżamy do Częstochowy, a tam obstawa! Co dwa, trzy metry stali. W szpalerze. My przeszliśmy bez niczego. Ale to było już około godziny dwunastej. Godzina policyjna, nie wiedzieliśmy gdzie pójść

Akurat mieliśmy szczęście, naprzeciwko dworca w Częstochowie, na ulicy Piłsudskiego zobaczyliśmy idącego człowieka. Poszliśmy za nim. On się chyba zorientował bo wszedł do swojego domu i zostawił drzwi otwarte. No, ale to było zimno. Więc zapukaliśmy do drzwi i powiedzieliśmy, że jest nas troje ludzi i czy nie możemy zostać tam do rana. Zgodzili się. Przyzwoici ludzie. A potem pytanie, co dalej?

(...)

Schronienie znalazł mi Konrad u swojej rodziny i znajomych, Polaków. Przedstawiał mnie jako swoją narzeczoną. Brat ze swoim wyglądem nie mógł ukrywać się po stronie aryjskiej, gdy spotkał na ulicy żydowskich robotników przeszedł do getta.

Wkrótce potem odnalazłam w Częstochowie siostrę. Odtąd postanowiłyśmy trzymać się razem.

Po drugiej stronie

W tym czasie byłam w kontakcie listownym ze znajomym, który na aryjskich papierach ukrywał się w Warszawie, Mosze Gottliebem. Wraz z dwoma braćmi i kolegą mieszkali w wynajętym pokoju i uchodzili za Polaków. Na razie jednak nie chciałam korzystać z możliwości wyjazdu tam, gdyż wydawało mi się to zbyt ryzykowne.

Tymczasem w Częstochowie doszły nas słuchy, że Niemcy wzywają wszystkich Żydów z Radomska do powrotu. Gwarantowali, bezpieczeństwo i zapewniali nawet, że będą rejestrować do wyjazdu do Palestyny. Z siostrą uradziłyśmy, że poszukamy szczęścia między swoimi. Pojechałyśmy do Radomska. Spokój nie trwał jednak długo.

Jak zwykle Niemcy nie dotrzymali obietnicy.

- Przenocujcie u mnie w pokoju - zaproponował nam polski policjant. Dziś Niemcy otoczą getto, ja mam służbę, to jedyny sposób żebyście się uratowały. Rzeczywiście tej samej nocy stało się jak powiedział. Rozpoczęła się akcja zagłady Żydów z Radomska. Większość wywieziono transportami z dworca, część zginęła na miejscu. Razem z nami ukrył się jeszcze Szmul Pacanowski.

U policjanta nie mogliśmy zostać długo. Trzeba było szukać innej kryjówki.

Poszłyśmy z siostrą do znajomych Polaków w Radomsku, to była rodzina pochodząca z Poznania. Ale u nich również nie mogłyśmy się zatrzymać na dłużej. Jeszcze raz napisałam do Konrada. Nie odmówił i tym razem. Przyjechał bardzo szybko. Mnie jeszcze we Włoszczowej udało się zdobyć dokumenty na nazwisko Alicja Brzezińska, mogłam się więc w miarę swobodnie poruszać po aryjskiej stronie.

Było bardzo zimno, nie miałam ze sobą ciepłej odzieży. Chłód przenikał ciało do głębi. Pojechaliśmy razem do Warszawy, a tam poszłam na ulicę Łochowską, gdzie mieszkał Mosze Gottlieb.

Pokój, który zajmował z braćmi i kolegą, był wynajęty od dozorczyni. Wiedziała, że są Żydami, ale milczała - dostawała za to pieniądze.

Pewnego dnia przyszli do tego pokoju granatowi policjanci. Wiedzieli, że jesteśmy Żydami. Zaczęła się rewizja, wzięli klika rzeczy, ale chłopcy dali im pieniądze, więc wyszli. Nie chciałam dłużej zostać w tym mieszkaniu. Uważałam, że jest "spalone"". Chłopcy nie wierzyli, wyśmiewali mnie, że jestem bojaźliwa. - Nie mogę was tak opuścić, jeśli nie pójdziecie to ja też zostaję - oświadczyłam.

Na drugi dzień przyszli żandarmi niemieccy i wszystkich nas zabrali. Wychodząc zostawiłam swoje palto dozorczyni, nie wierzyłam, że będzie mi jeszcze potrzebne.

Między życiem, a śmiercią

Zawieźli nas na gestapo, gdzieś koło Dworca Wileńskiego. Zaczęło się przesłuchanie. Pytali na zmianę Niemcy i polscy policjanci. Kto wyrabiał nam papiery? Ile płaciliśmy za pokój? Kto nam pomagał? Nazwiska? Adresy?

Pozwolili skorzystać mi z ubikacji. Poszedł za mną jeden policjantów. - Szkoda żebyś taka młoda i ładna miała zginąć - powiedział.

Przesłuchanie zaczęło się od nowa. Potem skuli chłopców którzy byli ze mną. Mnie nie założyli kajdanek na ręce. Mieli nas zawieść na Pawiak. Nie było wolnego wozu, więc z dwoma niemieckimi żandarmami i polskim policjantem poszliśmy do tramwaju. Stanęliśmy na pierwszym pomoście "Nur für Deutsche". Po chwili jazdy jeden z chłopców szepnął mi do ucha - Uciekaj! Spojrzałam na konwojentów. Polski policjant dał mi znak. Zaczęłam iść. Nie spoglądając za siebie przeszłam do przedziału dla Polaków, przepchnęłam się przez ludzi i wyskoczyłam w biegu. Nikt mi nie przeszkodził.

Upadłam, ale szybko się podniosłam. Zaczęłam biec i wpadłam w jedną z przecznic. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Wybrałam pierwszy z brzegu dom i popędziłam na ostatnie piętro. Krew pulsowała mi w skroniach, ciało przebiegały dreszcze, nogi mi się trzęsły. Siedziałam na schodach i starałam się odpocząć.

Zapukałam do jednych z drzwi prosząc o pomoc. Odmówiono mi. Wyszłam na podwórze, tam znalazłam ubikację. Zbliżała się godzina policyjna, nie miałam dokumentów, robiło się zimno, a moje palto zostało u dozorczyni. Miało nie być mi już potrzebne. Usiadłam na muszli i zamknęłam drzwi na zasuwkę. Gdy ktoś chciał wejść mówiłam tylko, że jest zajęte. Wyszłam stamtąd rano.

W Warszawie znałam jeszcze adres brata Mosze Gottlieba, Wowki. Pieniądze na bilet dostałam od jednej kobiety stojącej na przystanku. Udało mi się dotrzeć do jego mieszkania. Zapukałam w umówiony sposób. Otworzył mi. Nie spodziewał się, że uda się komuś z nas przeżyć - Już was opłakiwałem - powiedział. Gdy opowiedziałam potem szczegóły całej historii, uznaliśmy, że trzeba zmienić kryjówkę. Znaleźliśmy melinę na ulicy Brzeskiej.

Tydzień później usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Umówiony sygnał! To byli dwaj chłopcy z tych z którymi wieźli mnie na Pawiak. Udało im się uciec z obozu w Poniatowie do którego wywieziono ich po śledztwie na Pawiaku. Dwóch pozostałych Mosze i Szymon Gottlieb mieli próbować ucieczki przy kolejnej dogodnej okazji. Nie zdążyli - obóz zlikwidowano, a oni zginęli.

- Co się stało z tymi ukrywającymi się Żydami? - Pytam Róży. - Ci dwaj, którym się udało uciec. Matys Gottlieb i Szmuel Pacanowski, przeżyli wojnę. Pierwszy wyjechał po wojnie do Izraela, drugi został w Polsce.

W mieszkaniu zrobiło się zbyt tłoczno. Nie można było ukrywać nas dłużej. Dozorczyni poleciła mnie swojej siostrze, która mieszkała na ulicy Jagiellońskiej 18.

Bielizna po Żydach.

W nowej kryjówce zaczęłam wyrabiać swetry, w czasie wojny była to bardzo pożyteczna umiejętność, kto potrafił spruć stary sweter i zrobić z tego nowy, ten łatwo mógł znaleźć kąt i utrzymanie. Nie czułam się tam bezpiecznie. Obawiałam się sąsiadów, z tego powodu nie opuszczałam w ogóle tego mieszkania, nawet nie wychodziłam do ubikacji, która była na zewnątrz. Gospodyni wynosiła kubły z nieczystościami. Byle nikt nie zauważył. Siedziałam w pomieszczeniu z niewielkim okienkiem wychodzącym na podwórze. Tam dzieci bawiły się ze ślicznymi małymi kotkami. Ja wsłuchiwałam się w piski i okrzyki radości, podpatrywałam wesołe harce. - Pani Różo proszę podać mi kubeł, zaczyna cuchnąć. - Od tamtego czasu nienawidzę kotów. Zwłaszcza tych małych.

W końcu jednak stało się. Do mieszkania wpadła policja. Była noc. Zaczęli wypytywać o kobietę. Wskazali na mnie. Moi gospodarze mieli znajomą, która źle żyła z mężem i po jakiejś awanturze uciekła od niego. On zawiadomił policję i podał adres - Jagiellońska 18. Myślał, że tam właśnie poszła żona. Nie było jej, ale byłam ja. - Kto ona? Gospodyni powiedziała, że jestem jej kuzynką z prowincji, że w pociągu skradli mi dokumenty, nie mam kenkarty i chwilowo u niej mieszkam.

Bałam się wtedy. Można mieć dobry aryjski wygląd, ale strach zmienia. Zdjął ze mnie maskę i nie byłam już Polką. Zamiast opaski z gwiazdą Dawida miałam wielkie, przestraszone, żydowskie oczy - wspomina tamto wydarzenie Róża.

Wyszli nic nie mówiąc. Następnego dnia przyszedł policjant i powiedział, że powinnam opuścić mieszkanie. Nie miałam innego wyjścia. Wróciłam do meliny na ulicę Brzeską. Kobieta z Jagiellońskiej codziennie przynosiła mi tam jedzenie. Była dla mnie bardzo dobra.

Musiałam zacząć myśleć o kenkarcie. Nie miałam pieniędzy, ale pamiętałam adres człowieka, który dał mi mój pierwszy fałszywy dokument. Poszłam do jego mieszkania, ale go nie zastałam. Była tylko jego rodzina. Pozwolili mi się zatrzymać na kilka dni, prałam im bieliznę i widziałam, że to bielizna po Żydach.

Córka tych ludzi zdradziła dlaczego mnie zatrzymali. Jej matka nie chciała, żeby mąż chodził do obcych kobiet. Jak tylko otrzymałam kenkartę opuściłam ten dom. Znów pomogła mi gospodyni z Jagiellońskiej. Zaprowadziła mnie do znajomej dla której znów robiłam swetry. Ta kobieta miała budkę z mięsem na Bazarze Różyckiego, a ja wreszcie miałam kenkartę, nazywałam się teraz Zofia Rutkowska. Zofia - po mojej przyjaciółce ze szkoły.

Jeszcze raz zmieniłam kryjówkę. Ta kobieta, która handlowała mięsem wiedziała, że jestem Żydówką, wolała mnie posłać do znajomej na jedną z podwarszawskich wsi. Tam prowadziłam gospodarstwo i wciąż robiłam swetry. Nie miałam jednak meldunku. Właścicielce domu z którą mieszkaliśmy wydało się to podejrzane.

Znów poczułam nad sobą cień. Wezwała policjanta. - Dlaczego nie meldowana? Musisz jechać na posterunek. Wyszłam z nim. - Wyjeżdżaj stąd - powiedział. - I żebym cię więcej tutaj nie widział. Nie chciałam się z nim więcej spotkać.

Trafiłam do sąsiedniej wsi, do znajomej gospodyni. Folksdojczki.

U folksdojczki

Miałam wrażenie, że depczą mi po piętach. Wyczuwają mój strach i wpadają na trop. Wciąż jednak żyłam.

Kobieta u której mieszkałam nie wiedziała, że jestem Żydówką. Zaczęłam pomagać w gospodarstwie wiejskim. Musiałam doić krowy, a nie miałam pojęcia jak to robić. Spostrzegłam, że jestem obserwowana, że każda czynność którą wykonuje podlega ocenie. Czułam, że ta kobieta zaczyna się domyślać. Po pewnym czasie zaczęła mnie wypytywać, skąd jestem. Wykręcałam się, jak tylko mogłam. Stawka zawsze była ta sama. Moje życie. I wreszcie nastąpił ten dzień. - Słuchaj Zosiu - Zosia to imię, którym się posługiwałam ukrywając się po stronie aryjskiej - ja widzę po twoich rękach, że ty nie jesteś służącą, nie bój się, powiedz mi całą prawdę - W głowie kłębiły się myśli. Kłamać? A może uciec? Powiedzieć prawdę?

Ujawniłam się, nie chciałam dłużej się bać. Ta kobieta za zaufanie odpłaciła się zaufaniem. Pokazała mi papiery, jakie sobie przygotowała na wypadek przyjścia Polaków. Od tamtej pory dostałam lepsze posłanie, poprawiło się też jedzenie, które mi podawano. Bardzo dobrze się ze mną obchodzono. Co tydzień jeździłam do Warszawy i tam widywałam się z siostrą, która też ukrywała się po stronie aryjskiej.

Los ukrywającego się nie jest prosty. Jeden błąd i dotąd bezpieczna kryjówka staje się śmiertelną pułapką. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, niechciane spotkanie i trzeba uciekać.

Pewnego razu zobaczyłam we wsi tego samego policjanta przez którego już raz musiałam uciekać. Przestraszyłam się. Bałam się dłużej tam zostać i wyjechałam do Warszawy. Siostra poszła ze mną do pana Henryka Wróblewskiego. To on znalazł mi nową kryjówkę, przy ulicy Siennej 41 w Warszawie. W sąsiedztwie czerniły się ruiny getta.

Pod ruinami getta.

Księżycowy krajobraz odbijał się w moich oczach. Stanęłam pod gettem, obok tliło się życie, również moje życie.

- Ja ci dam miejsce - powiedział mi pan Wróblewski. Był instruktorem wychowania fizycznego i widziałam, że już wielu Żydom pomógł. Zaprowadził mnie do pani Stysiowej na ulicę Sienną 41 w Warszawie. To była jego znajoma, która potrzebowała pomocnicy w domu. Miała małe dziecko. - Ja nie lubię Żydów, ale taką Żydówkę to lubię - powiedziała, kiedy zobaczyła mnie po raz pierwszy.

Wciąż nie miałam wyrobionego meldunku, co stanowiło dla mnie zagrożenie. Pan Wróblewski poradził mi co robić. Wzięłam dwuletnie dziecko pani Stysiowej za rączkę i weszłam z nim do biura meldunkowego. Wszystko poszło gładko. Zaczęło mi się wydawać, że nic złego nie może się już wydarzyć.

Do mieszkania przy Siennej 41 często przyjeżdżał pan Wróblewski. Za każdym razem pojawiali się z nim ukrywający się Żydzi. Jednymi z nich byli uciekinierzy z Hasagu w Częstochowie. W pobliżu mieszkania, w którym mieszkałam był bunkier, gdzie Wróblewski umieścił ukrywających się Żydów. - Bunkier znajdował się pod podłogą w starym drewnianym budynku. Takiej szopie. Miałam przynosić im jedzenie. Gotowałam wielkie gary i zanosiłam je im.

Zbliżał się sierpień 1944 roku, powstanie było blisko - Widzę te twarze i słyszę głosy wyraźnie nawet dziś - otworzyłam zakamuflowane wejście do bunkra, chciałam podać im jedzenie. Ich wielkie oczy, wyciągnięte ręce i jedno słowo - Gazety! Oni chcieli wiedzieć. Zorientować się, co się w około dzieje. I ja im potem te gazety przynosiłam.

W tym czasie Różę spotkała jeszcze przygoda, którą mogła przypłacić życiem. W Warszawie rozpoczynała się akcja wyłapywania prostytutek.

Wyzwolenie.

Powoli zbliżał się sierpień 1944 roku. Wszędzie mówiono, że zbliża się armia radziecka. Szykowało się coś jeszcze. Ale jedno było pewne - koniec był blisko.

Pewnego razu pojechałam do dawnej mojej gospodyni na ulicę Brzeską. Powoli zapadał zmierzch. Miałam przy sobie dokumenty i 300 złotych. Wysiadłam na ulicy Marszałkowskiej, zaczęłam się rozglądać, w którą stronę pójść. Młoda kobieta rzucająca wypatrujące spojrzenia w około, wydałam się podejrzana. Podeszło do mnie dwóch mężczyzn. - Poprosili o dowód osobisty. Dałam im kenkartę, zapytali gdzie mieszkam. Nie chciałam dawać im adresu pani Stysiowej, powiedziałam więc, że przyjechałam z Wawra i rozglądam się za pracą. Wpadłam w obławę.

Mężczyźni okazali się tajnymi agentami polskiej policji. -Zabrali mnie na posterunek, gdzie już przebywało wiele zatrzymanych kobiet. Między nimi znajdowała się jedna śliczna dziewczyna. Miała przy sobie list, który oni znaleźli. Wyrwała im go z rąk i podarła na kawałeczki. Ale oni go złożyli z powrotem i przeczytali. Ona była Żydówką. Zaraz potem przyszła moja kolej.

- Uciekła pani z Niemiec? Pracuje pani w jakiejś tajnej organizacji? Na wszystkie ich pytania odpowiadałam krótkim "nie". Ale w pewnym momencie nie wytrzymałam tego napięcia; ciągłego ukrywania się, strachu. - Widocznie taki jest mój los i muszę zginąć - rzuciłam. Zapytali mnie czy jestem Żydówką, potwierdziłam. To miał być mój koniec. Ale oni zrobili inaczej. Odebrali od komendanta moją kenkartę mówiąc, że stawię się jutro. Wyprowadzili mnie z posterunku. - Zrobiliśmy coś, czego własny ojciec by dla ciebie nie zrobił - rzucił jeden z tajniaków. Chciałam im dać 300 złotych, które miałam ze sobą, żeby zostawili mi tylko na bilet. - Powiedz nam, gdzie tu ukrywają się bogaci Żydzi? Nie wiedziałam. Puścili mnie.

Udało mi się dotrzeć do domu na ulicę Sienną 41. - Wkrótce potem wybuchło powstanie. Najpierw wywieźli panią Stysiową. Potem przyjechała moja siostra Hania. I wreszcie Niemcy zabrali nas z domu. - Ale mnie i Hannie udało się uciec i nie trafiłyśmy do Dulag 121. - Wyzwolenia doczekałyśmy we Włochach.

Róża patrzy na jedno ze zdjęć zrujnowanej Warszawy ze swojego albumu. Ludzie z fotografii spacerują wśród zniszczonych domów. Wzdłuż niektórych ścian wyrastają rusztowania. Czarno-białe twarze są uśmiechnięte. - I wie pan, tej przygody na komisariacie to nie zapomnę. Byłam już tak blisko końca - mówi Róża.

Życie po życiu.

Po wojnie pojechałam z siostrą do Łodzi. Tam poznałam przyszłego męża - Benjamina Kalińskiego. Ślub wzięliśmy w ostatnią sobotę grudnia 1948 roku. Konrad Nowak brał ślub dzień później. Taki zbieg okoliczności.

Do Izraela wyjechałam w 1950 roku. Zostałam przedszkolanką, a mój mąż pracował w administracji państwowej. Mamy dwójkę dzieci, córkę Jochewet - mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych i syna Zeewa, który jest lekarzem i mieszka w Izraelu.

Przed jej domem kręci się sporo kotów, jeden malutki zaczyna z nami zabawę.

Jest gorąco. Wypijamy orzeźwiającą szklankę lemoniady. - Na początku ciężko było przyzwyczaić się do tych upałów, potem człowiek już przywykł - mówi Róża. Pokazuje album ze starymi zdjęciami. Jej uwagę szczególnie przyciąga jedna fotografia. - I widzi Pan tak oszukaliśmy Hitlera.

Fotografie

Przed wojną ponad połowa mieszkańców Koniecpola była Żydami. Co wybory wiceburmistrz był pochodzenia żydowskiego. W miasteczku była synagoga, mykwa, kirkut. Dziś nie ma tam ani żydowskiej świątyni, ani żydowskiego cmentarza, ani żydowskiego wiceburmistrza, nie ma jednego Żyda, nie ma choć jednej ściany po synagodze, kawałka macewy. Nie ma najmniejszego śladu po ponad połowie przedwojennej koniecpolskiej społeczności.

- Jestem ciekawa, jak tam teraz jest. Chciałabym jeszcze raz zobaczyć mój Koniecpol. Czy mógłby Pan choć zrobić zdjęcia i przesłać mi, tutaj do Izraela, kilka fotografii?

Autor: Szymon Graniczka
Źródła: Redakcja Onet.eu